karteczki z notesików lata 90
Ten bloczek samoprzylepnych, słodkich karteczek to idealny sposób na zaznaczanie notatek i stron w książce. Sprawdzą się one również w roli mini liścików dla najbliższych! Zostaw im kolorową wiadomość i przypomnij o sobie! Zbierz wszystkie wzory samoprzylepnych mini notesików Note Pals i dopasowuj w
Play & Download Karteczki MP3 Song for FREE by Karian from the album Przeboje Lat 90. Download the song for offline listening now.
Kup teraz: Karteczki z notesików z lata 90 dziesiąte. G. za 1,50 zł i odbierz w mieście Aleksandrów Łódzki. Szybko i bezpiecznie w najlepszym miejscu dla lokalnych Allegrowiczów.
Karteczki kolekcjonerskie dla dzieci - Strona 2 - Najwięcej ofert w jednym miejscu. 90, 00 zł. Prywatny sprzedawca. KUP TERAZ z Allegro Lokalnie. Karteczki z
W tej grupie preferowane jest chwalenie się swoją kolekcją. Są inne grupy do wymiany i sprzedaży. Tutaj proszę skupić się na pokazywaniu swoich kolekcji,
KARTECZKI SAMOPRZYLEPNE DO NOTATEK NOTES NA BIURKO. od Super Sprzedawcy. Stan. Nowy. 29, 38 zł. kup 50 zł taniej. darmowa dostawa. Produkt: Kartki Kolorowe Samoprzylepne 400 75x75 SOLIDNE!! dostawa we wtorek.
proses yang terjadi pada bagian x adalah. Obserwując dzisiejsze czasy, jestem szczęśliwa ,że dorastałam w latach dziewięćdziesiątych. Ostatnio zaczęłam rozpamiętywać jak cudowne to były czasy. Miałam duże szczęście, że mogłam to przeżyć, doświadczyć tego, co odeszło bezpowrotnie. Z sentymentu do tych niesamowitych czasów zapraszam na powrót do przeszłości. A tym, którzy tego nie przeżyli, postaram się co nieco przybliżyć, jak się żyło w tych niezwykłych latach. Zabawy Dorastałam w czasach, w których nie było facebooka, internetu, ani komórek, ale karteczki, które się wtedy kolekcjonowało, miały dla nas wartość większą niż pieniądze. Dzień zawsze był za krótki, kiedy zbieraliśmy się wszyscy i ruszaliśmy w wir przygód, które na nas czekały. Byliśmy dziećmi podwórka. Mimo, że nie mieliśmy telefonów i tak zawsze wiedzieliśmy gdzie jest reszta. Nie mieliśmy komputerów, ale za to mieliśmy wyobraźnie i mnóstwo pomysłów na świetną zabawę. Często jeździliśmy na rowerach (BMX to była marka! ), wspinaliśmy się po drzewach lub zwisaliśmy z trzepaków. Tylko mama krzycząca z okna – obiaaaaad – potrafiła nas na chwilkę rozłączyć. Najpopularniejszymi zabawami były wtedy: Gra w gumę i skakankę Która dziewczynka nie pamięta gry w gumę?! Kolanko, czy dziesiątki, to tylko niektóre techniki tego super sportu! Pod blokami i w szkołach, wszędzie się grało, a skakanie sprawiało każdemu mnóstwo radości. A jeśli brakowało nam trzeciej osoby, to guma była przywiązywana do słupka… to były czasy! Skakanka to wcale nie mniejsza przyjemność! Lajkonik, krzyżak, żabka, ewentualnie sznurek – do wyboru, do koloru. Chowany i podchody Najlepiej zawsze grało się wieczorem. Dreszczyk emocji i lekki strach sięgały wtedy zenitu. Prześcigaliśmy się w pomysłach na kryjówki, i tylko nieliczni potrafili świetnie kamuflować się przed szukającymi. Umownym hasłem na przerwanie zabawy w chowanego z jakiegoś nagłego powodu były „pobite gary!”. Dwa ognie Za czasów podstawówki, w lecie i na wiosnę, graliśmy w to prawie codziennie. Potrzebna była piłka, coś do oznaczenia linii i dwie drużyny. Zabawy co nie miara oraz wiele siniaków na całym ciele. My graliśmy przy bloku, i w szkole na lekcjach W-F. Najlepszą pozycją w grze była tzn. Matka. Karteczki z notesików To był dopiero szał! W szkołach były one nieoficjalną walutą i niezłym szpanem. Zapachowe, z motywem Króla Lwa, czarodziejki z księżyca czy też ze zwierzakami – było ich tyle, że nie sposób wszystkich spamiętać. Najlepszym sposobem na ich przechowywanie były segregatory. Podsumowując: miałeś dużo niespotykanych karteczek – byłeś gość! Złote myśli Królujące wśród dziewcząt tajemnicze zeszyty, z zagiętymi rogami kartek, zawierającymi sekrety. Jeśli ktoś dawał Ci się wpisać to musiałaś odpowiedzieć na dosyć osobiste pytania dotyczące Twojej sympatii, antypatii, ulubionego filmu, czy przedmiotu w szkole. Zeszyt taki był zawsze ozdobiony wieloma naklejkami, czy brokatem. Telewizja Lata 90-te w Polsce to początek telewizji kablowych, które przyciągały widzów zachodnimi serialami. Zastanawiam się, kiedy ja miałam czas oglądać to wszystko, bo naprawdę sporo tego było. Dla mnie najbardziej kultowe to z pewnością: „Słoneczny patrol” Przed telewizory widzów ściągała nie sama fabuła serialu, ale słoneczne plaże i przede wszystkim wysportowani, seksowni i półnadzy ratownicy! Sceny w zwolnionym tempie, kiedy ratownicy biegną na akcję należą już do kultowych i stały się znakiem firmowym „Słonecznego patrolu”. „MacGyver” Tytułowy bohater, MacGyver jest agentem specjalnym i pracuje dla prywatnej agencji, zajmującej się ściganiem różnego rodzaju przestępczości. Nie ma dla niego sytuacji bez wyjścia. Z najbardziej nawet dramatycznych opresji zawsze bowiem wychodzi cało, dzięki swoim zaskakującym wynalazkom z prostych przedmiotów, znajdujących się aktualnie w pobliżu: kawałka sznurka, długopisu, czy nożyka. „Beverly Hills 90210” Kultowy serial młodzieżowy, który wyznaczył nowe trendy, pokazał luksusowe życie bogatych „dzieciaków” z Beverly Hills. „Alf” Kultowy serial opowiadający o przygodach sympatycznego, choć nieco ekscentrycznego kosmity Alfa, pochodzącego z planety Melmac, którego statek kosmiczny rozbija się na dachu garażu rodziny Tunnerów. Mimo trudnych relacji z Kate i Willem, Alf uwielbiany jest przez dzieci i szybko staje się członkiem rodziny. Jedynie kot Tunnerów Szczęściarz, musi mieć się na baczności, gdyż ulubionym przysmakiem Alfa są właśnie koty. „Pełna chata” Serial przedstawia historię młodego wdowca, wychowującego trzy córki, który nie mogąc sobie ze wszystkim poradzić, prosi o pomoc szwagra oraz dawnego szkolnego przyjaciela. „Z Archiwum X” Serial z pogranicza sensacji, fantastyki i horroru opowiada o nietypowej parze agentów FBI. Agenci Fox Mulder i Dana Scully prowadzą tytułowe Archiwum X, komórkę Federalnego Biura Śledczego, do której trafiają niedające się wyjaśnić na drodze konwencjonalnego rozumowania sprawy „Zbuntowany Anioł” Osierocona Milagros rozpoczyna pracę jako pokojówka rodziny DiCarlo i zakochuje się w synu pana domu. Chyba pierwsza i ostatnia telenowela, którą obejrzałam od początku do końca. Oglądaliście coś z tego repertuaru? 🙂 Poza oglądaniem seriali, równie często oglądało się teleturnieje. Koło Fortuny, albo Idź na całość oglądała wspólnie cała Polska. Muzyka Muzyki w latach 90 można było posłuchać z kaset. Jeśli chciało się posłuchać swojego ulubionego wykonawcy to trzeba było ją kupić, albo nagrać piosenkę z radia (najczęściej z głosem prowadzącego). Najgorzej jeśli wcisnęło się nie ten guzik i wszystko, co już mieliśmy się kasowało, wtedy możecie sobie tylko wyobrazić jaka była rozpacz. Kasety najszybciej do początku przewijało się długopisem. A na dwór wychodziło się z walkmanem (ale tylko nie liczni mieli to cudeńko). A jakich to hitów się wtedy słuchało. DJ Bobo, Ace of Base, Fun Factory, The Kelly Family… oni wtedy mieli moc. Każda dziewczynka miała swoją idolkę w zespole Spice Girls i każda zakochana była w którymś chłopcu z Backstreet Boys. Wszyscy nucili „uh la la la” Alexii, tworzyli własne wersje „Boom boom boom boom” Vengaboys i tańczyli Makarenę. Naszych polskich hitów również było sporo. „Wehikuł czasu”, czy „Mój jest ten kawałek podłogi” to największe hity, które dziś zna pewnie każdy… Ach to były czasy. Przy okazji muzyki mogę nawiązać również do prasy. Nie ma chyba nastolatka dorastającego w latach 90, który przynajmniej raz w życiu nie przeczytał „Bravo”. To istna biblia tamtych czasów, która dostarczała „najgorętszych newsów” młodszym czytelnikom. Wszystko to okraszone kultowymi już pytaniami czytelników i foto historiami. Chyba każdy miał w domu porozwieszane plakaty ze środkowych stron (w późniejszej wersji robiło się z nich również okładki na książki i zeszyty). Zabawki Lata 90 to także lata niezapomnianych zabawek. Do najczęściej spotykanych na pewno należało jojo. Ta znana od lat zabawka zyskała nowe oblicze. Pojawiły się nawet świecące modele. Bardziej ambitni młodzi ludzie trenowali triki. Godzinami. Tamagotchi i wszelkie jego podróbki. To małe jajko nosiło się ze sobą wszędzie. Pikało co chwilę domagając się jedzenia, spaceru albo posprzątania. Co znaczy opieka nad elektronicznym zwierzątkiem najdotkliwiej przekonały się mamy, którym dzieci na czas trwania lekcji potrafiły zostawić kilka stworzeń pod opieką. To proste urządzenie miało malutki wyświetlacz i kilka przycisków. W razie braku odpowiedniej opieki nasz pupil mógł stracić życie. Tęczowa sprężyna dominowała wśród dziewczyn. Można było się nią bawić całymi godzinami trzymając ją w dłoniach i przenosząc ciężar z jednej ręki na drugą. Sprężyna miała też inne ciekawe właściwości – potrafiła sama schodzić po schodach! Pegasus to było coś! Dla wielu z nas to pierwsza w życiu konsola i pierwsze chwile spędzone na graniu w gry. Kolorowe kartridże kupowane na bazarze były obiektem pożądania, a takie gry jak Super Mario Bros to tytuły prawdziwie kultowe, w które i dzisiaj chętnie by się zagrało. Tu nie chodziło o grafikę, ani o efekty. Te gry wciągały same z siebie i to na długie, długie godziny. Chyba każde dziecko w latach 90 marzyło, żeby mieć prawdziwego Gameboya. Niestety na początku lat 90 ta przenośna konsola kosztowała fortunę i dla większości z nas była nieosiągalna. Z czasem jednak się to zmieniało, konsola była coraz tańsza i powszechnie dostępna. Ostatecznie z rynku zniknęła w 2005 roku i pozostaje wspomnieniem z dzieciństwa. Alternatywą dla Gameboya był Tetris. Ile godzin spędziło się na układaniu tych wirtualnych klocków trudno zliczyć. Przenośna konsola Brick Game oferowała aż 999 ( a tak naprawdę kombinację kilku wariantów powieloną kilkaset razy w menu) gier zamkniętych w jednym, niewielkim urządzeniu, z którym ciężko było się rozstać. Na osłodę Słodycze , tak to było coś . Guma Turbo albo Donald, którą żuło się cały dzień, mimo że swój smak straciła już po pierwszych dwudziestu sekundach. Hitem były także gumy w kształcie papierosa. Zimą jadło się ciepłe lody, które zastępowały te prawdziwe, choć nie miały z nimi nic wspólnego. Zwykle stały obok kasy, w szarym kartonowym pudełku, jeden obok drugiego. Ich smak pozostawiał wiele do życzenia, ale najważniejsze było to, że były słodkie. Hitem szkolnego sklepiku była oranżada w proszku – do dziś nie wiem co by się stało, gdyby została rozpuszczona w wodzie. Vibovit również jadło się tylko na sucho 🙂 Dzieci jadły wtedy mleko. Dokładnie tak – jadły. Smakowe mleko w tubkach to był rarytas. Dziś dalej spotkać je można na sklepowych półkach, ale nikt się już nimi nie interesuje. A w przypadku niedoboru cukru i aktualnego braku gotówki ratowaliśmy się… chlebem z masłem i cukrem. I wszyscy byli zadowoleni. Czas niestety nieubłaganie leci i wiele rzeczy, które nadały specyficzny klimat tamtym czasom, już nie ma. Dla mnie lata 90-te były wyjątkowe, zawsze będę wspominać je z łezką w oku. Niczego bym nie zmieniła, wszystko było idealne. Miałam duże szczęście, że mogłam to wszystko przeżyć, bo dziś jest zupełnie inaczej. Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco, polub My Travel Blog na facebooku.
Wczesny etap mojej młodości przypada na lata 90-te. Zbierałam wtedy pocztówki, kolekcjonowałam karteczki z kolorowych notesików (do tej pory nie wiem dlaczego) i byłam zafascynowana zespołem The Kelly Family („Gimby nie znajo!”). Co tam fascynacja – ja ich strasznie kochałam i byłam fanką pełną gębą! Zespół złożony z dziewięciu osób noszących nazwisko Kelly fascynował mnie wszystkim – muzyką, strojami i taką niesamowicie pozytywną energią, która od nich biła. Do dziś pamiętam ich imiona wg starszeństwa (!) – Kathy, John, Jimmy, Patricia, Joe, Barby, Paddy, Maite i Angelo. Podobało mi się, że każdy członek zespołu potrafił grać na licznych instrumentach i mówić w kilku językach. Na strychu mam ich plakaty, pocztówki i pękaty zeszyt z wycinkami, które namiętnie gromadziłam. Materiały te pochodziły w większości z „Bravo”, a żeby je zdobyć, wsiadałam na rower i „naginałam” pięć kilometrów pod górkę (!) do Wińska, aby w jedynym kiosku w okolicy nabyć ulubioną gazetę. Tak, tak… lata 90-te nie znały internetu i żeby się czegoś dowiedzieć o ulubionej kapeli, trzeba było sobie zadać trochę trudu. Tak samo było z oglądaniem teledysków. Aby móc je obejrzeć, w każdą niedzielą włączałam emitowany na „Dwójce” program „30 ton – lista, lista przebojów” i z zapartym tchem śledziłam zestawienia, mając nadzieję, że klip moich ulubieńców długo w nim pozostanie i zdobędzie najwyższą lokatę. Niezbędnym atrybutem fana jakiegokolwiek zespołu jest koszulka z nadrukiem. Także w mojej szafie było kilka t-shirtów ze zdjęciami muzycznej rodzinki, które nosiłam z nieukrywaną dumą. Nie muszę chyba dodawać, że sama zapuszczałam włosy, by choć trochę upodobnić się do Kellesów, a ściany mojego pokoju były obklejone plakatami rozśpiewanego rodzeństwa. Spędzałam w nim długie godziny wpatrując się w ich uśmiechnięte twarze. Jako, że wiek nastoletni sprzyja pierwszym zauroczeniom, niejednokrotnie wiodłam z koleżankami z klasy zaciekły spór o to, kto jest fajniejszy – Angelo czy Paddy i patrzyłam krzywym okiem na rówieśniczki zafascynowane Backstreet Boys (boysband – wówczas mega modny). Kupowałam też kasety Kelly Family, a potem słuchałam ich w nieskończoność – to były czasy! Kasety, które w chwili obecnej stanowią bezcenny relikt przeszłości, mam do tej pory. I choć zdarzało się, że ktoś mówił mi, że słuchanie Kelly Family jest obciachem, to ja się tym zupełnie nie przejmowałam! Nie widziałam niczego śmiesznego w ich muzyce. Lubiłam te melodyjne utwory, które szybko wpadały w ucho i pozwalały odpływać w świat marzeń. Właściwie to Kelly Family byli jedynym zagranicznym zespołem, który tak bardzo mnie zafascynował, mimo że nie rozumiałam tekstów (język angielski poznałam dopiero w LO), a gdy Kathy śpiewała po hiszpańsku, to już w ogóle wpadałam w niemal ekstatyczne uniesienie. Kilka dni temu dowiedziałam się, że Kelly Family się reaktywuje i wypuszcza nową płytę. Włączyłam ich najnowszy teledysk, a youtube zrobiło resztę. Od jednego klipu przeszło do nagrań z ich koncertów. Godziny mijały… Siedziałam i oglądałam. Wszystkie wspomnienia wróciły, a ja poczułam jakbym znowu miała te 12 lat! Czy wielki „comeback” Kelly Family się powiedzie? Czy podbiją serca fanów? Czy ich muzyka będzie działać na mnie tak, jak 20 lat temu? Szczerze? Nie mam pojęcia! Dwie dekady to szmat czasu. Dorosłam, zdobyłam bagaż doświadczeń, niejedno widziałam, wszystko jest inne. Nie jestem już nastolatką, jestem innym człowiekiem, ale sentyment i długie włosy pozostały. Może więc pora odkryć w sobie dziecko na nowo?
Dzień dziecka to idealna pora na to, by trochę się na blogu wyluzować i poruszyć temat łatwy, lekki i przyjemny. Oddaję się zatem wspomnieniom na swój własny temat i zapraszam do sentymentalnej wycieczki w przeszłość, pod hasłem: „jakim dzieckiem byłam”. Może po lekturze podzielicie się swoimi opowieściami? Mały geniusz – nie miałam skończonych czterech lat, gdy nauczyłam się płynnie czytać, grać w szachy i rozwiązywać zadania matematyczne. Zamiast godzinami oglądać bajki, wolałam odpalać na Commodore gry edukacyjne, czytać encyklopedie i słowniki, „bawić się” mikroskopem itd. Wojownik – regularnie tłukłam się z bratem, raz nawet odgryzłam mu kawałek skóry z przedramienia. Podobno wszczynałam również awantury o to, kto jest panią piaskownicy. Oczywiście miałam nią być ja, a nie jakieś małolaty. Łobuz – wspinanie się na drzewa i płoty, wkradanie na działki i pola budowy, podkradanie gum w sklepach, straszenie dzieci satanistami i „diabłem z czarnej limuzyny” – mhm, tak, to wszystko ja. Poszukiwacz przygód – organizowanie zabaw w podchody, przeszukiwanie „niezbadanych” terenów, budowanie szałasów, poszukiwanie zwierzątek, którym można nieść pomoc – wymyślałam tego całe mnóstwo, o nudzie nie mogło być wtedy mowy. Kaczkofan – od gazety „Kaczor Donald” byłam wręcz uzależniona. Kiedy wyjechałam na wakacje w kioskach pojawił się numer z mapą układu słonecznego i rodzice zapomnieli go dla mnie kupić. To, że do dziś pamiętam szczegóły tego okrutnego zdarzenia niech będzie dowodem na to, jak bardzo Donald był dla mnie ważny. Człowiek z misją – w którymś momencie swego dziecięcego życia nabrałam przekonania, że dorośli potrzebują przygody i radości. Wtedy też zaczęłam tworzyć mapy osiedla z oznaczonymi na nich miejscami, w których ukrywałam małe skarby. Te mapy podrzucałam ludziom na balkony i do skrzynek na listy, licząc, że ochoczo wyruszą na poszukiwania skarbów. Tancereczka – moje wywijanie w rytm przedstawionej poniżej piosenki stało się w rodzinie już legendarne: A poza tym to z miłości do tańca nie wyrosłam nigdy – na szkolnych i kolonijnych dyskotekach zawsze robiłam megashow! Przedsiębiorcza bestia – już w podstawówce dorabiałam sobie handlem perfumami własnej roboty (woda, trawa, płatki roślin, odrobina maminych perfum i takie tam) albo wydawaną przez siebie gazetką. Kasę trzeba było trzepać od małego, a co! Zbieracz – jak większość wychowanych w cudownych latach dziewięćdziesiątych zbierałam, co się dało: karteczki z notesików i karteczki do segregatorów, naklejki z lizaków, historyjki z gum, karty telefoniczne, bilety i wiele innych cudów. Marzycielka – na przestrzeni lat wymarzyłam dla siebie różne zawody: projektantka mody, archeolog, botanik, piłkarka, nauczycielka polskiego, dziennikarka – coś tam z tego w głowie zostało, skoro skończyłam polonistykę i robię to, co robię. Ściemniacz – miałyśmy z przyjaciółką dość dziwne zajęcie. Notowałyśmy w kalendarzach mnóstwo aktywności fizycznych w stylu zawodów jeździeckich, turniejów piłkarskich/siatkarskich/tenisowych itd., po czym opowiadałyśmy o nich na głos w tłumie ludzi. Tak, jakby ktokolwiek miał uwierzyć w prawdziwość dialogu: „Karolino, musimy się dziś spakować, coby jutro o 10 być na korcie tenisowym, o 15 na turnieju siatkówki, a wieczorem zaliczyć ten zaległy trening karate”, „Masz rację Klaudyno, szczególnie, że w środę o 12 czeka nas nasz wielki wyścig kolarski, a o 16 zajęcia z szermierki”. Hihi, haha! Kibic – miłość do sportu jest u nas rodzinna, zatem kibicowaniem trudniłam się od małego. Mieszkanie w sąsiedztwie stadionu żużlowego pozwalało na ciągłe bywanie na treningach i meczach. Niesamowite, ale do dziś pamiętam, jak zachowywałam się na stadionie i jak silne emocje już wtedy to u mnie wywoływało. „Pływak” – do dziś nie mam pojęcia, dlaczego weszłam do gigantycznej kałuży i pływałam w niej, by podawać ludziom rzucane przez nich puszki… /w tym momencie zaśmiewam się i przybieram pozę 'facepalm’/ A teraz jestem mamą… Dzieciństwo uleciało tak błyskawicznie i teraz może być już tylko wspomnieniem. Mam nadzieję, że moja Zońka za kilkanaście-kilkadziesiąt lat będzie mogła z podobnym sentymentem i uśmiechem błąkającym się po twarzy wspominać swoje dziecięce lata. Bardzo żałuję, że świat zmienił się aż tak bardzo, bo każdemu życzyłabym wychowywania się w barwnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy dzieciaki spędzały 2/3 doby na podwórku – bez laptopów, tabletów, ajfonów i innych cudów, które tak bardzo je teraz absorbują. Mogę chcieć wychowywać dziecko bez współczesnych bajerów, ale wiem, że to się nie uda – tak jak ja byłam dzieckiem swoich czasów, tak i Zońka będzie dopasowana do miejsca i czasu, w którym przyjdzie jej dorastać. Mam tylko nadzieję, że odziedziczy po mnie choć odrobinę ciekawości świata i chęci nieustannego poszerzania wiedzy, a po tacie niebywałe umiejętności rysunkowe. To takie fajne móc chłonąć wszystko, co oferuje nam świat… Jeżeli chcecie więcej sentymentalnych wycieczek w przeszłość, przypominam o bardzo dawnym rankingu: Top 10: ulubione symbole dzieciństwa i przygotowanej przeze mnie playliście Best of ’90 – najlepsze piosenki lat dziewięćdziesiątych. Teraz Wasza kolej! Jakimi byliście dzieciakami? ]]>
karteczki z notesików lata 90